2 pieprzone lata. Mało czy dużo? Tyle czasu jestem pod wpływem tego czegoś. Oczywiście nie było tak źle cały czas. Na początku tego roku naprawdę wierzyłam, że to koniec. Trudno jest wymienić powody. Jest tyle rzeczy/ludzi/sytuacji które to wszystko spowodowały. Nie chcę o tym myśleć. Nie mam siły. Głowa mi pęka. Coraz częściej męczą mnie koszmary, budzę się długo przed budzikiem albo leżę roztrzęsiona nie mogąc zasnąć. Nie chcę wierzyć, że będzie lepiej, bo przecież tyle razy się zawiodłam. W gimnazjum łatwiej było mi nie jeść w szkole. Skupiałam się tylko na nauce, do ludzi się prawie nie odzywałam, nienawidziłam ich wszystkich. Teraz jest inaczej, wszyscy są cholernie mili, chwilami mam wrażenie, że wszystko sobie wyobrażam. Ale to nie zawsze znaczy, że mi to pomaga. Długo sie im przypatrywałam i coraz bardziej zaczynam myśleć, że ja nigdy nie będę mogła być normalna. 2 bułki słodkie na przerwie, otwartość i śmiałość jakiej ja nigdy nie miałam. Za bardzo czuję się inna. Ale nie w dobrym sensie. Czuję się obrzydliwaodpychjącagrubabrzydkawstrętnagrubagłupiagrubagrubagruba. Wszyscy mają jakieś dobre strony, są w czymś dobrzy i mocni a ja? Cholera znowu się nad sobą użalam, pieprzona egoistka.
Nie zjem już dzisiaj nic. Dość, koniec, nic. Tak, prowadzę się do grobu, niszczę się i dokładnie o to mi chodzi.
Zobaczycie.




