Wróciłam?
Ciężko mi zebrać się, usiąść i wszystko tu napisać. Ciężko, bo nie było mnie ponad tydzień, a przecież bywałam tu codziennie. Zostaję w domu na 2 dni, potem jadę do Francji. I czego oczekuję? Co zamierzam robić? Jak jeść?
Na wsi nie było źle. Nie oderwałam się od tego całkowicie, bo przecież jestem pieprzoną anorektyczką, ale starałam się chociaż udawać, że jestem normalna. Nie zawsze to wychodziło, nie kiedy miałam napady smutku, kiedy brzydziłam się swojego odbicia, albo kuzynki mówiła mi Ze przecież nie jestem głodna. Bo ona to może wpieprzać pizzę, chipsy i słodycze. Mówi jak bardzo chce schudnąć, to dlaczego do cholery tyle żre? Nie zrozumcie mnie źle, dobrze się z nią dogaduję, pozwoliła mi na chwilę uciec, po prostu nie rozumiem ludzi.
Zabawne, że po powrocie do domu cały apetyt znikł, zmęczenie powróciło, a żołądek jest przeciążony po nędznym jabłku. Może nie powinnam czuć tej ulgi po przekroczeniu progu? Co takiego jest w tym miejscu? Czuję jakby to miejsce było nawiedzone, jakbym nie mogła uciec od wszystkiego przebywając w tych murach. Jestem chora.
Tyle miesięcy unikania tłustego, cukru i jedzenia, tyle czasu obliczania kalorii, żeby w ciągu kilku dni przestać obsesyjnie się kontrolować. Ulga? Wolność? Cokolwiek wtedy czułam, to minęło a wraz z powrotem do domu wracam do starych nawyków.
Czwartek był chyba najgorszym dniem, nie pamiętam kiedy czułam się tak źle fizycznie. Nie wiem czy się zatrułam wodą ze stawu, a może palenie zmieszanych ziółek jakoś na to wpłynęło? Pamiętam, że mama kiedyś opowiadała mi jak źle czuła się siedząc w toalecie i nie wiedząc którędy z ciebie wyleci. Mdłości i ból brzucha były tak silne, że tylko leżenie na zimnych kafelkach przynosiło mi tymczasowa ulgę. W życiu tak mocno się nie pociłam, czułam jak się ze mnie leje, dosłownie. Wujek z ciocią chcieli zawieść mnie na pogotowie, na szczęście po biegunce oczyściłam się i oprócz zawrotów głowy i bezsilności było mi lepiej. Pamiętam, że myślałam, że może na to zasłużyłam może to 'normalne życie' i jedzenie nie było dla mnie. Po zimnym prysznicu i przebraniu się w czyste ciuchy drżąc z zimna popatrzyłam w lustro. Boję się to napisać, bo może to nie była prawda, ale oprócz bladziutkiej twarzy zobaczyłam chudą postać. Chuda, cholera przecież ciuchy na mnie wisiały. Boże, co się dzieje, czy ktoś podmienia mi lustra, miesza mi w podświadomości czy robię się ślepa, bo nie wiem co jest prawdą.
Zawsze zastanawiałam się co ludzie widzą w paleniu, dlaczego i po co. Byłam na festynie i gdyby nie dwa piwa, nie bawiłabym się tak dobrze. Nie myślałam o kaloriach, przeszłam w końcu 18km, chciałam się tylko oderwać. Paliłam, pierwszy raz w życiu i od tamtej pory potrzebuję tego codziennie. Teraz u siebie nawet nie mam do tego dostępu, to mnie tylko uspokaja, nie tracę podświadomości i nie tyję. Nie jestem pewna co z tym dalej, przecież idę do liceum, na pewno w końcu się w to wciągnę. Nie myślę już o tym, że się wyniszczam, w końcu i tak od prawie 2 lat każda moja czynność prowadzi do końca.
Próbowałam, musicie wiedzieć, że próbowałam, chciałam uciec, ale nie potrafię. Wolę czuć się pusta, niż być najedzona nie chcę widzieć tłuszczu i nie chcę opychać się żarciem. Na szczęście we Francji jestem zupełnie sama, nikt nie będzie nic wiedział, widział, mogę robić co chcę.
Na szczęście?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz