Miały być zajebiste wakacje, miałam się lepiej czuć, miało być okej. Widzę, że nie chudnę, nie obchodzą mnie S i XS w sklepach, ja chcę ważyć mniej. Nie dam się nabrać, wiem, że próbują mnie utuczyć. Jak prosiaka. Ile wyrzutów sumienia może spowodować grahamka? Oj dużo. Może to przez pogodę, przez to, że nie mam co robić, moja rutyna jest zaburzona. W roku szkolnym przynajmniej mogłam jakoś oderwać myśli, skupić się na ocenach i nauce. Ale jaki był w tym sens skoro wstawając chciałam koniec dnia? Jaki jest w sumie sens tego co teraz robię? Sprawdzam kości? Oglądam seriale? Chodzę bezmyślnie po domu zastanawiając się, czy już przytyłam i jak się tego pozbyć? Czemu moja rodzina ma całkowicie wyjebane na jedzenie, nie licząc mamy która ma dietę zdrowotną i musi ograniczać dużo rzeczy. No ale siostra? Frytki, zupki zalewane, czipsy, batoniki, żelki, ciastka? Gdzie jakiekolwiek poczucie winy? I jak może jeść spokojnie w tramwaju, wiedząc, że wszyscy ja widzą? Czemu nie chce schudnąć?
Chcę wrócić do czasu kiedy miałam mocno wywalone na wszystko i wszystkich. Rok temu po wyjściu ze szpitala. I w sumie wtedy też ważyłam najmniej. 39kg? I jadłam normalnie? Zdaję sobie sprawę, że było to po całym roku wyniszczania sobie organizmu. Wiem, że czułam się koszmarnie i nie da się opisać wrażeń, nie można tak po prostu opowiedzieć, to trzeba samemu przeżyć. Zupełnie inny świat, zupełnie inni ludzie, którzy w pewnym sensie Cię rozumieją. A przynajmniej w części.
Czy za dużo wymagam, jeśli oczekuję zbyt wiele czekają na poparcie, zrozumienie, dumę? Czemu wszędzie widzę szczęśliwych ludzi, dlaczego się śmieją? Jak oni to robią, kiedy ja jedyne co potrafię to nie spać do 3 w nocy wyobrażając sobie własną śmierć? Jak siebie akceptują pomimo tego tłuszczu? Jak dają radę bez kontroli?
Miałam jechać na wieś, do kuzynki. Z siostrą. Ale ja nie chcę jeść. Pomijając fakt, że jestem jedyną osobą niejedzącą mięsa to moja 'dieta' nie podoba się cioci, a nie chcę jej denerwować. Wiem, że rok temu dałam radę, ale tym razem się boję. Boję się, że dojdzie do gorszych rzeczy, że znajdę sposób na prowokowanie wymiotów? Albo że przytyję. Naleśniki, ziemniaki, pieczywo, tosty, ser żółty, śmietana, placki ziemniaczane, pierogi, rzygam tym. Rzygam jedzenie, rzygam kaloriami, rzygam ćwiczeniami. Nie mam pojęcia co robić, a przecież nawet z nikim o tym nie pogadam. Chcę żyć na samej wodzie. Proszę, może chociaż wy mi pomożecie :(
Nie wiem jak długo wytrzymam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz