czwartek, 11 czerwca 2015

#3

Śmieszne, że tak łatwo jest siebie ukarać a tak trudno wynagrodzić.
Ze szkoły wracam padnięta. Nie mam siły dosłownie na nic, więc jem żeby móc nauczyć się do angielskiego. Już nie ważne ile chudnę. Waga spada, jedyna pociecha. Co jeśli to tylko chwilowo? Znowu strach, oszałamiający strach przed wszystkim. Muszę odpychać myśli. Kromka chleba 73, kawa 10, truskawki 50. Przestań. Nie mogę. Tak łatwo do tego wszystkiego wrócić a tak trudno się wydostać. Chyba tylko w trumnie. Wyglądam okropnie. Czuję się jeszcze gorzej. A już szczególnie w tym upale. Mam wrażenie, że jestem cała spuchnięta i jeszcze grubsza. Nie powinnam mieć wyrzutów. Bo za co? 503 kcal? Nie ważne ile zjem, zawsze będzie za dużo. Już jutro piątek. Coś wykombinuję. Bieganie? O ile nie zemdleję.

Wszyscy mnie wkurzają. Nawet przyjaciółki. Masz przyjaciół? A z soboty na niedzielę mam iść do jednej na noc. Brak kontroli. Nie chcę. Nie powinnam. Nie mam siły. Za dużo myśli, za mało słów. Nie potrafię dokonać własnego wyboru. Nie umiem zdecydować i nie mam swojego zdania. Dlatego siedzę w tym wszystkim. Bo to mi daje pewne zabezpieczenie przed całym światem.

Chcę spać. Bo robię się głodna. Ale przecież nie zasnę. Nawet po 2 tabletkach hydroxyzyny. A skutkuje to tylko tym, że rano mega trudno mi wyjść z łóżka. Zamieniam się w zombi.
Taki bajzel.
To wszystko jest pełne chaosu, muszę znaleźć swój sposób i swój 'szablon'. Angielski czeka, muszę mieć 6. Oszałamiająca chęć bycia perfekcyjną. We wszystkim najlepsza, prawda?


Przepraszam za to wszystko.

2 komentarze: